Sobota

Jest sobota. W sobotę w moim domu pachnie świeżo wywieszonym praniem. W sobotę to sąsiedzi budzą mnie swoją zaciętością w popukiwaniu w ścianę, bo remont. Albo sprzątaczka budzi mnie domofonem, zaraz zadzwoni do drzwi po wodę do mycia klatki schodowej.

W sobotę świat udaje, że poniedziałek, wtorek, środa i czwartek nie istnieją. Najwyżej piątek odbija się sosem czosnkowym z kebaba nadrannego.

W sobotę jest wielki plan na robienie wielu rzeczy, który kończy się tuż po późnym śniadaniu, na kanapie, pod kocem, kiedy książka wypada Ci z rąk, bo właśnie zaczęła się drzemka.

W sobotę nie usłyszysz od smutnego trenera rozwoju osobistego ani żadnej innej osoby, że wszystko będzie w porządku. Bo sobota to dzień, kiedy nic nie jest w porządku. To dzień, kiedy porządek dopiero robionym będzie.

Sobota nie pamięta, albo okłamuje się, z drżeniem myśląc o niedawnych, piątkowych grzechach – a że nic takiego się nie stało, że przecież każdemu się zdarza, bo ple ple ple.

Sobota jest od znajdowania dziwnych nocnych smsów, telefonów z dziwnych numerów, od nietrafiania kluczem w drzwi i od niepewnego rozglądania się  dookoła podczas porannego (przedpołudniowego) spaceru z suką, bo może jakiś skandalik się mikro tym razem wywołało.

To też dzień, kiedy najlepszym telewizyjnym wyborem są Przyjaciele na comedy central. Kiedy szokujące wiadomości, familijne obrazy czy historyczne filmy mnożą się niebezpiecznie i osaczają.

To dzień ciszy. Niepewności żywieniowej. Spokoju i nadrabiania. Twój dzień.

Człowiek za burtą

Przepraszam Bardzo Serdecznie. Że nie piszę, że ciszę tylko Wam tutaj pozostawiam i sprzedaję darmo.

Bo nienagabywana rozterkami leniem jestem strasznym. Leczę się przebieganymi kilometrami, sama na samą ze sobą. Już nie szlocham w poduszkę, nie uważam siebie za straconą i idącą w ślepy zaułek. Wcale nie jest lepiej, ale godzę się z tym, że chyba już lepiej być nie może. Po prostu.

Nie przestaję szukać. Ale nie szukam już wokół, tylko szukam się w sobie. Szukam się w książkach, myślach, w rozbieraniu rzeczy na cząstki pierwsze. Kiedyś myślałam, że to oznaka strachu przed poszerzaniem horyzontów, ale nie – to raczej jak pływanie po oceanie spokojnym łajbą z tylko jedną, lewą burtą. Ani się przez nią wychylić, ani wypaść nie można.

Kisiel jest szary

Nie zapisuję pomysłów. Nie zapisuję dni. Czas odmierza służbowy kalendarz. I fejsbuk. Tam codzienny miernik nastrojów. Tylko tych, które odważę się ujawnić. Coraz mniej mam do powiedzenia, coraz płytsze to wszystko. Lecę z nurtem.

Czasem tylko, przebudzona z nocnej mary, przypominam sobie dawne cienie. Czasem ściśnie w dołku, bez specjalnego powodu. Nic wtedy z tym nie robię.

Jestem jak Robinson Crusoe, który, odratowany z bezludnej wyspy, po buforowym czasie dochodzenia do siebie, już zapomniał grozę czarnych nocy i smutnego szumu morza. Zapomniał, jak to było dzielić się radościami i smutkami z zalegającym na plaży piaskiem czy korą okolicznych drzew. Poetyckości też zapomniał.

Kisiel jest szary, otula i bezpiecznie zalepia puste miejsca. Wygodnie tak, choć nieruchawo. I nudno, choć z pozoru bezpiecznie.

Ile wytrzymam?

Wstyd

Wstydzisz się czasem?

Że myślisz tylko o sobie, że ze wstydu boisz się przyznać do błędu. Wstydzisz się, że nie chciało ci się wstać odpowiednio wcześnie by zrobić wszystkim dobre śniadanie?

A może wstydzisz się, że się cały dzień lenisz i nie zrobiłaś dziś absolutnie nic pożytecznego?

Wstydzisz się, że się oglądasz za innymi pannami? Wtedy kiedy ona tego nie widzi, wyobrażasz sobie cały ten fizyczny wstyd, który przecież jest silniejszy od ciebie. Takie jest życie, taka jest twoja natura.

Wstydzisz się tego jaka jesteś? W towarzystwie wiecznie nieodnaleziona. A jednak nie masz problemu z ludźmi, rozmawiasz z nimi, przyzwyczajasz do siebie. Po prostu ich nie lubisz. I zawsze trach….

Wstydzisz się, bo przeżywasz coś pierwszy raz czy dlatego, że ZNOWU to robisz?

Wstydzisz się rozemocjonowanych awantur? Chwil zawahania i ciszy? Niewypowiedzianych zdań też się wstydzisz?

A tak najbardziej na świecie wstydzisz się bardziej siebie – czy innych?

Pokolenie WZ

Nie zapisuję swoich pomysłów. A przychodzi mi ich do głowy trochę. Szkoda. Z lenistwa, a bardziej ze wstydu – bo co ty znowu piszesz. Wczoraj wpadłam na genialną myśl. Nie pamiętam jaką. Wybacz.

Śniłam znowu moje niewyśnione drugie życie. Śniłam, że piszę. Śniłam, że ciebie spotkałam. Śniłam o pogodzie. Sen był życiem, a życie wydawało się nie być snem.

Między X a Y pokolenie WZ – Wiecznie Zbolałych. Wzdychających nad poranną kawą, ale entuzjastycznie podchodzących do nowych kieratów (wyzwań) w zawodowych Mordorach. Tych, którym wilgotnieją oczy, kiedy na youtubowej playliście wskoczy zbyt smętna piosenka i jednocześnie z zapałem przeprowadzą prezentację niesamowitego i fantastycznego projektu, którego mieli zaszczyt być koordynatorami. Ci, którzy wysłuchują w zatłoczonych ulicach niknącego szumu fal i jak wilkołaki wyją nieśmiertelne hity podczas firmowego karaoke. Wielcy Zwycięzcy. Jasne.

Płaczą do lustra z samotności, mimo że od czasu studiów w sypialni śpi jedna i ta sama osoba. Druga połówka, yang dla ich yingów. Wielkie Zera przeklinające zanadto, używające kurew i ich synów skurwysynów jak przecinków i podstawowych epitetów. I ich trójca święta: Generalnie, Dokładnie, Zajebiście. Wielcy Zdobywcy – wszystko mocniej, wyżej, więcej. Samochody lepsze, ciuchy lepsze, wakacje cieplejsze, dzieci grzeczne. Albo nie – wszystko chuj, źle, porażka, ale się odbiję, nie tak miało być. Albo: to już? Wszystko? Wiecznie Zapyziali.

Pustaki. Intelektualnie wybujałe laski, przesyceni mądrymi pismami panowie. Albo zera. Skrajności. Nigdy w środku. Po co żyjemy? Zaczynam dzień od pytania. Nie Carpe Diem, nie jak to się ma wobec wieczności. Co po mnie zostanie? Pewnie nic. WZetom będzie trudno się z tym pogodzić. No bo te wszystkie zdjęcia na fb, wszystkie pamiątki, wszystkie… Załatwiłby je zwykły brak prądu. Zbolałe serca. Bez autorytetu – bo z każdym można zrobić mema w necie. Zbolali. Dziwne słowo. Dziwni ludzie.

Nie być

To coś innego niż nie żyć. Oddychać, ale nie istnieć.

Czym się kierujesz w działaniu? Przyzwyczajeniem? Instynktem? Ile rzeczy codziennie robisz bezmyślnie? Zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego co będzie jak efekt przerośnie oczekiwania? 

Nie.  Nie i nie. W nosie to masz. Bo zawsze jest tak samo. Dryf. Dryfujesz. 

I jeszcze to cudne „jakoś to będzie”. Będzie.  Nie będzie. Wszystko ci jedno. Egzystujesz w wiecznej narkozie. Każdy dzień na głupim Jasiu. Pewnie jest to jakaś metodam.

Zastanawianie się nad swoim marnym żywotem boli.  A zmiany jak dają popalić! Strasznie. Trzeba się wysilić i starać. 

A przecież najlepiej jest leżeć przed telewizorem i spędzać każdy dzień na utyskiwaniu  na beznadziejny los. Z kanapy. Z dryfujacego po salonie mebla. Przybije w tym odcinku do balkonu czy skończy w wejściowych drzwiach?

Mało to ważne. Nic nie jest ważne. Wszystko jest ważne.

Czuły Barbarzyńca

Rozerwij się trochę. Albo porozrywaj mnie. Podrzyj. złap mocno i gwałtownie pociągnij. Zerwą się najpierw najdelikatniejsze więzy skóry – obojczyk i ramiona. Potem puści skóra w pachwinach, na koniec rozpołowią się stopy. Nie żałuj sobie rozrywki.

Rozerwij moje żebra, płuca, śledzionę. Wyrwij włosy, zedrzyj skórę z głowy, rozpłataj czaszkę. Z pasją wkładaj palce w mojej tętnice i porozszarpuj ich rurki. Oplącz nadgarstek żyłą główną i wyrwij wątrobę. Z pasją się w nią wgryź. Pluj krwią.

No tak, jelita to dość śmierdząca sprawa, uważaj też na żołądek – branie się za niego z gołymi rękami to nienajlepszy pomysł! Ale rób jak uważasz, oczywiście. Nie, nie mam tam łaskotek, macica to też mięsień, ale bez przesady. Punkt G z innej perspektywy? No naprawdę, zabawne. Tak, wygląda trochę inaczej niż reszta, jest tam bardziej gładko.

Serce nadaj bije i zwraca twoją uwagę wśród plątaniny połamanych żeber. Ale najpierw przepona. Jednym ruchem, trach i nie ma mostka. Złap mięsień. Z nim nie będzie łatwo, żywotny i twardy jest. Ale co to? Słyszę metaliczny dźwięk przecinającego powietrze ostrza. Oszukujesz, ty masz nóż! Po co Ci nóż? Wystarczy kciuk w każdym z przedsionków i mocne szarpnięcie na boki. Widzisz?

Ostrzegałam, że bryźnie krwią. Nie ostrzegałam? Wybacz, widać w ferworze rozrywki wyrwałeś mi język. I nie, nie widzę jaki syf. Humanitarnie, prawie na początku, z pasją kilkuletniego dziecka grzebiącego patykiem w zdechłym kocie, wydłubałeś mi oczy.

Boli? Nie, już nic nie boli.

Jeśli o Tobie zapomnę, stanę się innym człowiekiem

Nie zostało po nich żadne zdjęcie. Ich pora to noc, a zdjęcia w nocy mają tylko jeden balans bieli – czerń. Zero.

Nie ma po nich wielu wspomnień. A te nieliczne, które są, zamazuje już mijający czas.

Siedzą na poduszce wypchanej puchem, a każde jest na ten puch uczulone. Mówią, że tęsknią, ale nie ma w nich tęsknoty za tym co było – bo nie było. Raczej za tym co mogło być.

Mówią, że pragną, ale nie ma w nich pragnień. Zrezygnowali z nich kiedyś.

Nie pozostał po nich żaden ślad. Poza śladami w nich samych. Śladami jak szczypty przypraw. I jedną jedyną pocztówką.

Siedzą na chmurze wypchanej tym, czego nie było. I strachem. Strach, jak hel, unosi obłok w górę. Nad wody, nad góry, nad ich nieporadne decyzje.

Strząsają siebie nawzajem jak paproszek z płaszcza, który przysiadł na nich nagle. Idź, odleć, nie pasujesz.

Zrezygnowali. Ale nie wiedzą z czego. Odeszli, ale niedaleko.

Szuflada

Włóż duszę do szuflady. Nie zmieści się w jednej? Włóż duszę do kilku szuflad. Jedna od sprzątania domu. O, relaksujący to zakamarek. Pełen porządku i zapachu detergentów. Druga od pracy. Tak, z tymi wszystkimi nierozumiejącymi cię ludźmi, denerwującymi już samym oddechem, rodzajem pitej kawy, wypowiadanymi zdaniami. Trzecia od rodziny. Z wymaganiami, oczekiwaniami, trudnymi obiadami i świętami. Czwarta od przemieszczania się. Pieszo, samochodem, komunikacją miejską. Taka z  miejscówką na siedzeniu obok kierowcy w  autobusie. Piąta w końcu od  przyjemności. Fajny (sic!) film, dobry teatr, niezły seks. Szósta od jedzenia. Bo jak seks to i jedzenie. Mięso. Burgery.Knajpy. Splendor na trzydziestozłotiwym paragonie.

Szuflad ilość dowolna. Pozbierasz ją potem?

Obiecuję wam wiosnę

Marzę już o ciepłych wiosennych wieczorach. Jasnych, z promieniami zachodzącego słońca leniwie ślizgających się po budynkach. Powoli żegnających kolejny piękny, choć jeszcze czasem rześki dzień.

O pachnącej świeżą zielenią rzeczywistości. O ogródkach piwnych wypełnionych ludźmi. O nocach do rana przesiedzianych w nadwiślańskiej knajpie. O porannym chłodzie, marznących rękach, przypominających jeszcze o niedawnej zimie. Przypominających nazbyt śmiało – bo ręce grabieją, skóra robi się sina.

O rozkwitających owocowych drzewach, które mijamy co rano biegnąc do pracy. Nie sposób nie uśmiechnąć się na widok tak pięknie przystrojonego drzewa, które – jakby to napisał Paolo Koelio – jest swego rodzaju obietnicą. Obietnicą owocowania.

Wiosna cała jest taką obietnicą. Bo wiosną na pewno się coś zmieni. Odżyje. Wyjrzy. Przejrzy. Z martwych powstanie.

Zima to moja ulubiona pora roku. Mogę się bezkarnie smucić. Wiosna uparcie się na to nie godzi, wiosna wymaga zrzucenia ubrań i uśmiechu. Trudno.